niedziela, 18 kwietnia 2010

Bezapelacyjnie bejbe: inwencja literacka = niechęć do nauki.

Ja idę na obiadek (kremówka+wino), a wy tu zostańcie i pracujcie z panem Esz. O seksie porozmawiamy za tydzień, wytrzymacie (bo trzeba wam, drodzy czytelnicy, wiedzieć, że prowadzący M.J. - bo o nim mowa w tym tycim i jednocześnie doskonałym akapiciku - zainteresowanie okazuje jedynie tematom około-cielesnym. I wymyślaniu obelg na laborantów oraz co poniektórych pracowników naukowych. Ale może to pokrewne idee i można jedną podpiąć pod drugą - myśl warta uwagi.). No, spadówka! - Pożegnał się na powitanie z laborantami prowadzący M.J. (niestety, nie jest to zmartwychwstały Majkel Dżekson. A szkoda.).

Pan Esz nie był zachwycony swoją rolą zastępcy (szokujące? Nie bardzo.), która, nie wiedzieć czemu, trafia mu się co i rusz. Ale będąc profesjonalistą w każdym calu (a trochę ich u pana Esz jednak jest) i człowiekiem o nerwach ze stali ( o czym świadczą nieudane próby podrywu przeprowadzane z wielką pasją i poświęceniem przez piękną laborantkę już od początku roku akademickiego 2009/2010, od kiedy to dowiedziała się, że nie tylko ona wszystko tłucze w labie: pan Esz ma ten sam problem, co bardzo piękną laborantkę bardzo kręci. Podczas gdy pan Esz pozostaje niewzruszony wobec zalotów pięknej laborantki, nam pozostaje jedynie życzyć jej powodzenia.), starał się tego nie okazywać i jak zawsze był bardzo, bardzo miły, stanowczo milszy od prowadzącego M.J. i bez wątpienia najmilszy sercu pięknej laborantki. Nooooo, robimyyyy, robimyyyyy - zarządził Pan Esz, jednakowoż z miną świadczącą o wielkiej nudzie i marazmie. Co trzeba mu wybaczyć, bo musiał w końcu opuścić ukochane białka, z których badania utrzymuje swoje jednoosobowe gospodarstwo domowe. I chociaż badania te niewiele do świata nauki wnoszą, to niewątpliwie i tak są ciekawsze od zajęć z laborantami, które przyszło mu prowadzić, i których treść się nie zmienia od jakichś sześćdziesięciu lat (o czym świadczą daty instrukcji do ćwiczeń i mocno pożółkły papier.).

W najlepszej grupie (tylko do takich trafia piękna laborantka!) podejrzanie dobrze wszystko szło, co nie umknęło uwadze laborantki-słodkiej opolanki: ej, kurwa, gerls (w domyśle spajs), na bank zaraz coś zjebiemy! - jak na słodką, opolanka dość brzydko się wyraża, a ostatnio szczególnie: wizja braku pracy i jawny bezsens wybranego kierunku studiów wywołuje w słodkiej opolance fale negatywnych emocji, którym daje niepohamowany upust słowny. Laborantka, co wróciła z Hiszpanii i piękna laborantka wyrażają się podobnie, bo wiedzą, że przekleństwo na ustach do definicja nowoczesnej kobiecości i powabu, co w lekcji stylu podkreśla prezydentowa Kwaśniewska. Nie marudź, jesteśmy zajebiste i w końcu i nam się uda nie pomylić! (to się laborantkom z najlepszej grupy jeszcze nie zdarzyło, au.) - obruszyła się laborantka, co wróciła z Hiszpanii, nie wiedząc, jak bardzo jest daleka od prawdy. Bo nieprzewidziany rozpizd przyszedł, oj, PRZYSZEDŁ, kurwa.

Bożeeeeee, czemu nasz enzymmo nie wykazuje ŻADNEJ (a tam żadnej, była, była! Tyle że ujemna.) aktywności, kiedy przecież powinien! - uderzyła w lament piękna laborantka. E tam, to dopiero pierwszy pomiar, jeden mógł nam nie wyjść, będą kolejne i chujec się zaktywizuje - olała sprawę laborantka-słodka opolanka, podkreślając swoją kobiecość poprzez zgrabne wplecenie paru przekleństw w swoją krótką wypowiedź. Naszykowałam już milion probówek do miliona pomiarów, damy radę! - z niczym niezmąconym entuzjazmem powiedziała laborantka, co wróciła z Hiszpanii. Niestety, po dwóch godzinach pomiarów (z których co jeden, to gorszy) i kolejnych trzech godzinach inkubacji roztworów w łaźni wodnej, wyszła na jaw smutna prawda o przyczynie porażki laborantek z najlepszej grupy: słuchajcie - grobowym głosem oznajmiła laborantka-słodka opolanka - wiem, czemu nie mamy aktywności. Do próbek dałyśmy białka o złym, kurwa, stężeniu. Nie ma prawa nam nic wyjść, musimy robić od początku. Laborantki załamały się wizją ponownego szykowania setek tysięcy roztworów, ale Pan Esz załamał się jeszcze bardziej i palnął się w (słodkie <3) czoło z głośnym plaskiem (plask! - tak o było): nieeeee, powiedzcie, że to żart! Jest już osiemnasta, wyjdę stąd przez was o północku! Jesteście podłe! Piękną laborantkę do żywego zabolały słowa pana Esz, a mocno życzeniowa wizja ich wspólnej przyszłości, która dodawała jej skrzydeł przez całe zajęcia, oddaliła się zupełnie.

W ostatecznym rozrachunku laborantki spędziły w laboratorium 10 godzin, odczynników zużyły trzy razy tyle, ile było zaplanowane (co mocno zirytowało prawdziwą panią laborantkę), zepsuły drukarkę i nadwyrężyły cierpliwość pana Esz. Za to aktywność enzymatyczna aldolazy wyszła im w pytkę, a piękna laborantka stłukła tylko jeden cylinder miarowy. Do listy sukcesów wytrwałe dziewczęta mogły dopisać jeszcze jeden, w gruncie rzeczy zasadniczy: prowadzący M.J. nic nie widział, co wiązało się z brakiem punktów ujemnych za pracę na zajęciach. Yeah! jednak dały radę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz