sobota, 13 marca 2010

porcja bzdur na lepsze trawienie (i leczenie chromej nóżki imprezą)

Napisałabym, że miło jest zacząć kolejny semestr. Że czysty i wyprasowany fartuch (jeśli masz nerwicę lub mieszkasz z matką-maniaczką czystości) na prostych(skoliozie i sprawozdaniom mówimy gromkie nie!) i umięśnionych(Jose Torres stajl) plecach to moje marzenie i powód do dumy(Ha! Przerwa na papierosa podczas trwających milion godzin laborek= lanserka przed budynkiem + wszystkie chopaki twoje! Droga do ołtarza GWARANTOWANA. Szczególnie lecą na to profesorowie z górnictwa, pozdrawiamy gorąco). Że wspaniale jest mieć uporządkowane papiery na biurku, zaplanowany dzień i wyznaczoną godzinę wstawania (każdy wręcz UBÓSTWIA rano. No, chyba że jest debilem, co też się zdarza i, przy okazji, stanowi mój ulubiony rodzaj ludzi). I w końcu najbardziej na świecie chciałabym napisać, że kocham puchate chomiki i inne zwierzęta leśne, bratki i różowe cekiny. I że generalnie to zaparzę se czaju (se mogę, bo czajnik żeliwny posiadam). Aleeee: NIE! Bo inżynieria bioreaktorów to totalna porażka, rury to bzdury i w ogóle to może pospierdalaj.