środa, 19 maja 2010
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
niestety, gracji nie pomierzysz.
Mając w zwyczaju podejmowanie samych dobrych decyzji z natury, a dodatkowo obowiązkowość wpojoną przez matkę, piękna laborantka przed PRZEważnym kolokwium zrobiła, co następuje: w poniedziałek zajęła się lekturą Naj i gazetki Tesco, we wtorek obejrzała trzy sezony Beverly Hills 2 miliony 804, w środę pomalowała paznokcie w abstrakcyjne wzory, w czwartek się upiła, w piątek upiła się jeszcze bardziej, w sobotę nie mogła podnieść głowy z poduszki, a tym bardziej reszty ciała, więc także się upiła, przez co niedzieli w sumie nie było. Po męczącym tygodniu tańców i śpiewów zdała sobie sprawę, że plakat z Peterem Andre krzywo wisi, na kolokwium nic nie umie i jakby tego było mało, w ferworze zajęć o wątpliwym pożytku społecznym podarła swoje ulubione rajty. O nie! - skomentowała - Głupia to mogę i być w cholerę, ale JAK ja się teraz pokażę na mieście?!
niedziela, 18 kwietnia 2010
Bezapelacyjnie bejbe: inwencja literacka = niechęć do nauki.
Ja idę na obiadek (kremówka+wino), a wy tu zostańcie i pracujcie z panem Esz. O seksie porozmawiamy za tydzień, wytrzymacie (bo trzeba wam, drodzy czytelnicy, wiedzieć, że prowadzący M.J. - bo o nim mowa w tym tycim i jednocześnie doskonałym akapiciku - zainteresowanie okazuje jedynie tematom około-cielesnym. I wymyślaniu obelg na laborantów oraz co poniektórych pracowników naukowych. Ale może to pokrewne idee i można jedną podpiąć pod drugą - myśl warta uwagi.). No, spadówka! - Pożegnał się na powitanie z laborantami prowadzący M.J. (niestety, nie jest to zmartwychwstały Majkel Dżekson. A szkoda.).
Pan Esz nie był zachwycony swoją rolą zastępcy (szokujące? Nie bardzo.), która, nie wiedzieć czemu, trafia mu się co i rusz. Ale będąc profesjonalistą w każdym calu (a trochę ich u pana Esz jednak jest) i człowiekiem o nerwach ze stali ( o czym świadczą nieudane próby podrywu przeprowadzane z wielką pasją i poświęceniem przez piękną laborantkę już od początku roku akademickiego 2009/2010, od kiedy to dowiedziała się, że nie tylko ona wszystko tłucze w labie: pan Esz ma ten sam problem, co bardzo piękną laborantkę bardzo kręci. Podczas gdy pan Esz pozostaje niewzruszony wobec zalotów pięknej laborantki, nam pozostaje jedynie życzyć jej powodzenia.), starał się tego nie okazywać i jak zawsze był bardzo, bardzo miły, stanowczo milszy od prowadzącego M.J. i bez wątpienia najmilszy sercu pięknej laborantki. Nooooo, robimyyyy, robimyyyyy - zarządził Pan Esz, jednakowoż z miną świadczącą o wielkiej nudzie i marazmie. Co trzeba mu wybaczyć, bo musiał w końcu opuścić ukochane białka, z których badania utrzymuje swoje jednoosobowe gospodarstwo domowe. I chociaż badania te niewiele do świata nauki wnoszą, to niewątpliwie i tak są ciekawsze od zajęć z laborantami, które przyszło mu prowadzić, i których treść się nie zmienia od jakichś sześćdziesięciu lat (o czym świadczą daty instrukcji do ćwiczeń i mocno pożółkły papier.).
W najlepszej grupie (tylko do takich trafia piękna laborantka!) podejrzanie dobrze wszystko szło, co nie umknęło uwadze laborantki-słodkiej opolanki: ej, kurwa, gerls (w domyśle spajs), na bank zaraz coś zjebiemy! - jak na słodką, opolanka dość brzydko się wyraża, a ostatnio szczególnie: wizja braku pracy i jawny bezsens wybranego kierunku studiów wywołuje w słodkiej opolance fale negatywnych emocji, którym daje niepohamowany upust słowny. Laborantka, co wróciła z Hiszpanii i piękna laborantka wyrażają się podobnie, bo wiedzą, że przekleństwo na ustach do definicja nowoczesnej kobiecości i powabu, co w lekcji stylu podkreśla prezydentowa Kwaśniewska. Nie marudź, jesteśmy zajebiste i w końcu i nam się uda nie pomylić! (to się laborantkom z najlepszej grupy jeszcze nie zdarzyło, au.) - obruszyła się laborantka, co wróciła z Hiszpanii, nie wiedząc, jak bardzo jest daleka od prawdy. Bo nieprzewidziany rozpizd przyszedł, oj, PRZYSZEDŁ, kurwa.
Bożeeeeee, czemu nasz enzymmo nie wykazuje ŻADNEJ (a tam żadnej, była, była! Tyle że ujemna.) aktywności, kiedy przecież powinien! - uderzyła w lament piękna laborantka. E tam, to dopiero pierwszy pomiar, jeden mógł nam nie wyjść, będą kolejne i chujec się zaktywizuje - olała sprawę laborantka-słodka opolanka, podkreślając swoją kobiecość poprzez zgrabne wplecenie paru przekleństw w swoją krótką wypowiedź. Naszykowałam już milion probówek do miliona pomiarów, damy radę! - z niczym niezmąconym entuzjazmem powiedziała laborantka, co wróciła z Hiszpanii. Niestety, po dwóch godzinach pomiarów (z których co jeden, to gorszy) i kolejnych trzech godzinach inkubacji roztworów w łaźni wodnej, wyszła na jaw smutna prawda o przyczynie porażki laborantek z najlepszej grupy: słuchajcie - grobowym głosem oznajmiła laborantka-słodka opolanka - wiem, czemu nie mamy aktywności. Do próbek dałyśmy białka o złym, kurwa, stężeniu. Nie ma prawa nam nic wyjść, musimy robić od początku. Laborantki załamały się wizją ponownego szykowania setek tysięcy roztworów, ale Pan Esz załamał się jeszcze bardziej i palnął się w (słodkie <3) czoło z głośnym plaskiem (plask! - tak o było): nieeeee, powiedzcie, że to żart! Jest już osiemnasta, wyjdę stąd przez was o północku! Jesteście podłe! Piękną laborantkę do żywego zabolały słowa pana Esz, a mocno życzeniowa wizja ich wspólnej przyszłości, która dodawała jej skrzydeł przez całe zajęcia, oddaliła się zupełnie.
W ostatecznym rozrachunku laborantki spędziły w laboratorium 10 godzin, odczynników zużyły trzy razy tyle, ile było zaplanowane (co mocno zirytowało prawdziwą panią laborantkę), zepsuły drukarkę i nadwyrężyły cierpliwość pana Esz. Za to aktywność enzymatyczna aldolazy wyszła im w pytkę, a piękna laborantka stłukła tylko jeden cylinder miarowy. Do listy sukcesów wytrwałe dziewczęta mogły dopisać jeszcze jeden, w gruncie rzeczy zasadniczy: prowadzący M.J. nic nie widział, co wiązało się z brakiem punktów ujemnych za pracę na zajęciach. Yeah! jednak dały radę.
Pan Esz nie był zachwycony swoją rolą zastępcy (szokujące? Nie bardzo.), która, nie wiedzieć czemu, trafia mu się co i rusz. Ale będąc profesjonalistą w każdym calu (a trochę ich u pana Esz jednak jest) i człowiekiem o nerwach ze stali ( o czym świadczą nieudane próby podrywu przeprowadzane z wielką pasją i poświęceniem przez piękną laborantkę już od początku roku akademickiego 2009/2010, od kiedy to dowiedziała się, że nie tylko ona wszystko tłucze w labie: pan Esz ma ten sam problem, co bardzo piękną laborantkę bardzo kręci. Podczas gdy pan Esz pozostaje niewzruszony wobec zalotów pięknej laborantki, nam pozostaje jedynie życzyć jej powodzenia.), starał się tego nie okazywać i jak zawsze był bardzo, bardzo miły, stanowczo milszy od prowadzącego M.J. i bez wątpienia najmilszy sercu pięknej laborantki. Nooooo, robimyyyy, robimyyyyy - zarządził Pan Esz, jednakowoż z miną świadczącą o wielkiej nudzie i marazmie. Co trzeba mu wybaczyć, bo musiał w końcu opuścić ukochane białka, z których badania utrzymuje swoje jednoosobowe gospodarstwo domowe. I chociaż badania te niewiele do świata nauki wnoszą, to niewątpliwie i tak są ciekawsze od zajęć z laborantami, które przyszło mu prowadzić, i których treść się nie zmienia od jakichś sześćdziesięciu lat (o czym świadczą daty instrukcji do ćwiczeń i mocno pożółkły papier.).
W najlepszej grupie (tylko do takich trafia piękna laborantka!) podejrzanie dobrze wszystko szło, co nie umknęło uwadze laborantki-słodkiej opolanki: ej, kurwa, gerls (w domyśle spajs), na bank zaraz coś zjebiemy! - jak na słodką, opolanka dość brzydko się wyraża, a ostatnio szczególnie: wizja braku pracy i jawny bezsens wybranego kierunku studiów wywołuje w słodkiej opolance fale negatywnych emocji, którym daje niepohamowany upust słowny. Laborantka, co wróciła z Hiszpanii i piękna laborantka wyrażają się podobnie, bo wiedzą, że przekleństwo na ustach do definicja nowoczesnej kobiecości i powabu, co w lekcji stylu podkreśla prezydentowa Kwaśniewska. Nie marudź, jesteśmy zajebiste i w końcu i nam się uda nie pomylić! (to się laborantkom z najlepszej grupy jeszcze nie zdarzyło, au.) - obruszyła się laborantka, co wróciła z Hiszpanii, nie wiedząc, jak bardzo jest daleka od prawdy. Bo nieprzewidziany rozpizd przyszedł, oj, PRZYSZEDŁ, kurwa.
Bożeeeeee, czemu nasz enzymmo nie wykazuje ŻADNEJ (a tam żadnej, była, była! Tyle że ujemna.) aktywności, kiedy przecież powinien! - uderzyła w lament piękna laborantka. E tam, to dopiero pierwszy pomiar, jeden mógł nam nie wyjść, będą kolejne i chujec się zaktywizuje - olała sprawę laborantka-słodka opolanka, podkreślając swoją kobiecość poprzez zgrabne wplecenie paru przekleństw w swoją krótką wypowiedź. Naszykowałam już milion probówek do miliona pomiarów, damy radę! - z niczym niezmąconym entuzjazmem powiedziała laborantka, co wróciła z Hiszpanii. Niestety, po dwóch godzinach pomiarów (z których co jeden, to gorszy) i kolejnych trzech godzinach inkubacji roztworów w łaźni wodnej, wyszła na jaw smutna prawda o przyczynie porażki laborantek z najlepszej grupy: słuchajcie - grobowym głosem oznajmiła laborantka-słodka opolanka - wiem, czemu nie mamy aktywności. Do próbek dałyśmy białka o złym, kurwa, stężeniu. Nie ma prawa nam nic wyjść, musimy robić od początku. Laborantki załamały się wizją ponownego szykowania setek tysięcy roztworów, ale Pan Esz załamał się jeszcze bardziej i palnął się w (słodkie <3) czoło z głośnym plaskiem (plask! - tak o było): nieeeee, powiedzcie, że to żart! Jest już osiemnasta, wyjdę stąd przez was o północku! Jesteście podłe! Piękną laborantkę do żywego zabolały słowa pana Esz, a mocno życzeniowa wizja ich wspólnej przyszłości, która dodawała jej skrzydeł przez całe zajęcia, oddaliła się zupełnie.
W ostatecznym rozrachunku laborantki spędziły w laboratorium 10 godzin, odczynników zużyły trzy razy tyle, ile było zaplanowane (co mocno zirytowało prawdziwą panią laborantkę), zepsuły drukarkę i nadwyrężyły cierpliwość pana Esz. Za to aktywność enzymatyczna aldolazy wyszła im w pytkę, a piękna laborantka stłukła tylko jeden cylinder miarowy. Do listy sukcesów wytrwałe dziewczęta mogły dopisać jeszcze jeden, w gruncie rzeczy zasadniczy: prowadzący M.J. nic nie widział, co wiązało się z brakiem punktów ujemnych za pracę na zajęciach. Yeah! jednak dały radę.
piątek, 16 kwietnia 2010
raportując
z wykładów:
1. Mądra laborantka znów była dziś najładniejsza, mimo tego, że wstała najwcześniej! Niewątpliwe oszustwo(Piękna laborantka zazdrości dzianinowej narzutki w odcieniu czekoladowym, tak, tak).
2. Człowiek-kret się uaktywnił na wiosnę i pierdoli, że głowa mała. Niestety!
3. Co u profesora Nowosilcowa - nie wiadomo. Zapewne tańczy w rytm samby (diżanejro!) wraz z pozostałymi żigolakami.
4. Piękna laborantka złamała sobie palca na długopisie podczas zaciekłego notowania, a odpryski jej różowego lakieru do paznokci zepsuły mikrofonik profesorowi zmarzlakowi (jeżeli ktoś myślał, że to słaba bateria, to był w błędzie, no.). Jako że mikrofony padają co wykład, prosty wniosek: piękna laborantka musi często malować paznokcie. Albo opanować nerwicę przejawiającą się w zdrapywaniu lakieru. Pani, pani szacunku do wykładowców nie masz! Wstydź się!
5. Kawa z machiny wszystkim już smakuje, szczególnie gdy godzina jej picia to siódma trzydzieści.
6. Miotacz ognia znowu się nie pojawiła, chyba sobie jajca robi. Albo usprawnia mechanizmy ogniotwórcze.
1. Mądra laborantka znów była dziś najładniejsza, mimo tego, że wstała najwcześniej! Niewątpliwe oszustwo(Piękna laborantka zazdrości dzianinowej narzutki w odcieniu czekoladowym, tak, tak).
2. Człowiek-kret się uaktywnił na wiosnę i pierdoli, że głowa mała. Niestety!
3. Co u profesora Nowosilcowa - nie wiadomo. Zapewne tańczy w rytm samby (diżanejro!) wraz z pozostałymi żigolakami.
4. Piękna laborantka złamała sobie palca na długopisie podczas zaciekłego notowania, a odpryski jej różowego lakieru do paznokci zepsuły mikrofonik profesorowi zmarzlakowi (jeżeli ktoś myślał, że to słaba bateria, to był w błędzie, no.). Jako że mikrofony padają co wykład, prosty wniosek: piękna laborantka musi często malować paznokcie. Albo opanować nerwicę przejawiającą się w zdrapywaniu lakieru. Pani, pani szacunku do wykładowców nie masz! Wstydź się!
5. Kawa z machiny wszystkim już smakuje, szczególnie gdy godzina jej picia to siódma trzydzieści.
6. Miotacz ognia znowu się nie pojawiła, chyba sobie jajca robi. Albo usprawnia mechanizmy ogniotwórcze.
piątek, 2 kwietnia 2010
(taki syf, ze nawet tytulu nie bylo! oł maj!)
Zapraszam do naszego małego bordello - rzekła niedouczona/nieogarnięta Pani prowadząca, otwierając drzwi prowadzące do 1)sekretatiatu 2)pokoju socjalnego 3)laboratorium 4)gabinetów uczonych. Niestety, stado laborantów nie miało się gdzie ruszyć, bo faktycznie bordello było małe, a sprzętów miliony. Niekoniecznie na swoich miejscach. Proszę kopnąć wiadro, przesunąć krzesła(ALE MAJĄ TAM KRZESŁA! ŁAŁ! jest to jednak rarytas laboratoryjny)i wyciągnąć biosorbent, to se zasorbujemy trochę chromu (Cr)- kontynuowała niedouczona/nieogarnięta Pani prowadząca, próbując wprowadzić ład i porządek, wzbudzając nadzieje na sprawny przebieg zajęć. Jakże były one płonne, miało się zaraz okazać.
Oto nasz biosorbent - powiedziała radośnie laborantka, która kiedyś miała dredy, wyciągając wielki kołtun włosów z kopertki. Niestety, myłam te włosy i jeszcze nie wyschły, dziady!(swoją drogą: czemu włosy do głowy przytwierdzone schną przez godzine, a takim ściętym i noc cała to mało?) Hm, hm, to ja muszę pomyśleć, czy się nadadzą - zafrasowała się niedouczona/nieogarnięta Pani prowadząca. Po półgodzinie zakończył się jej przydługawy proces myślowy, który objawił smutny fakt: nie można użyć mokrych włosów, bo ich waga się zmieni, gdy wyschną(niemożliwe!), a waga biosorbenta to parametr ważki i am sory. Ale, ale, noł problemo, weźmiemy se garść zboża i będzie - znalazła rozwiązanie niedouczona/nieogarnięta Pani prowadząca (w dziesięć minut - sukces niebywały!). Pan tu pomieli żytko czy pszeniczkę, wręczyła laborantowi-palaczowi garść płodów ziemi niedouczona/nieogarnięta Pani prowadząca. Niestety, malakser to nie koło młyńskie i laborant-palacz nie dał rady ziarnom(skurwysyny!). O Boże, wszyscy pomrzemy! - zakrzyknęła w panice niedouczona/nieogarnięta Pani prowadząca. Keine Panie Boże! Na szczęście posępna laborantka przyszła z pomocą: ja ogoliłam rano psa, sorbujmy na jego sierści droga pani. I na tym stanęło. Po 3 godzinach zajęć, a jak.
Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść - i sprawdza się to słowiańskie prawidło także w labie. 30 osób, jedne nożyczki, jedna pipeta, jedna maszyna piekielna do spalania włosów, jeden komputer do analizy jakościowej pukli kędzierzawych, jeden spektrofotometr - co innego pozostaje, jak nie siedzieć i zamulać przez pół dnia(dosłownie pół). Za to mądry wniosek(jedyny), jaki laboranci z zajęć wynieśli, stanowi: jak ma się burdel w labie, to jest kiepsko i nieogar i wszystko T.R.W.A..
Zrobimy sobie chyba przerwkę - zasugerowała niedouczona/nieogarnięta Pani prowadząca( a mówiąc to, miała w głowie już tylko kawkie, pączusia i telefon do chłopaka, który co i rusz do niej wydzwaniał, bezczelnie nie akceptując faktu, iż ukochana jest zajęta ogarnianiem.), choć propozycja była z rodzaju tych nie do odrzucenia - tyle już pracujemy, trzeba odpocząć, najwyższa pora, najwyższa pora! Wiadomo, nicnierobienie męczy najbardziej.
I tak też spędziło stado laborantów dzień(DZIEŃ!): grzejąc dupki na krzesłach, nie robiąc nic prócz pseudonauki. Mądrze jak rzadko.
Oto nasz biosorbent - powiedziała radośnie laborantka, która kiedyś miała dredy, wyciągając wielki kołtun włosów z kopertki. Niestety, myłam te włosy i jeszcze nie wyschły, dziady!(swoją drogą: czemu włosy do głowy przytwierdzone schną przez godzine, a takim ściętym i noc cała to mało?) Hm, hm, to ja muszę pomyśleć, czy się nadadzą - zafrasowała się niedouczona/nieogarnięta Pani prowadząca. Po półgodzinie zakończył się jej przydługawy proces myślowy, który objawił smutny fakt: nie można użyć mokrych włosów, bo ich waga się zmieni, gdy wyschną(niemożliwe!), a waga biosorbenta to parametr ważki i am sory. Ale, ale, noł problemo, weźmiemy se garść zboża i będzie - znalazła rozwiązanie niedouczona/nieogarnięta Pani prowadząca (w dziesięć minut - sukces niebywały!). Pan tu pomieli żytko czy pszeniczkę, wręczyła laborantowi-palaczowi garść płodów ziemi niedouczona/nieogarnięta Pani prowadząca. Niestety, malakser to nie koło młyńskie i laborant-palacz nie dał rady ziarnom(skurwysyny!). O Boże, wszyscy pomrzemy! - zakrzyknęła w panice niedouczona/nieogarnięta Pani prowadząca. Keine Panie Boże! Na szczęście posępna laborantka przyszła z pomocą: ja ogoliłam rano psa, sorbujmy na jego sierści droga pani. I na tym stanęło. Po 3 godzinach zajęć, a jak.
Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść - i sprawdza się to słowiańskie prawidło także w labie. 30 osób, jedne nożyczki, jedna pipeta, jedna maszyna piekielna do spalania włosów, jeden komputer do analizy jakościowej pukli kędzierzawych, jeden spektrofotometr - co innego pozostaje, jak nie siedzieć i zamulać przez pół dnia(dosłownie pół). Za to mądry wniosek(jedyny), jaki laboranci z zajęć wynieśli, stanowi: jak ma się burdel w labie, to jest kiepsko i nieogar i wszystko T.R.W.A..
Zrobimy sobie chyba przerwkę - zasugerowała niedouczona/nieogarnięta Pani prowadząca( a mówiąc to, miała w głowie już tylko kawkie, pączusia i telefon do chłopaka, który co i rusz do niej wydzwaniał, bezczelnie nie akceptując faktu, iż ukochana jest zajęta ogarnianiem.), choć propozycja była z rodzaju tych nie do odrzucenia - tyle już pracujemy, trzeba odpocząć, najwyższa pora, najwyższa pora! Wiadomo, nicnierobienie męczy najbardziej.
I tak też spędziło stado laborantów dzień(DZIEŃ!): grzejąc dupki na krzesłach, nie robiąc nic prócz pseudonauki. Mądrze jak rzadko.
sobota, 13 marca 2010
porcja bzdur na lepsze trawienie (i leczenie chromej nóżki imprezą)
Napisałabym, że miło jest zacząć kolejny semestr. Że czysty i wyprasowany fartuch (jeśli masz nerwicę lub mieszkasz z matką-maniaczką czystości) na prostych(skoliozie i sprawozdaniom mówimy gromkie nie!) i umięśnionych(Jose Torres stajl) plecach to moje marzenie i powód do dumy(Ha! Przerwa na papierosa podczas trwających milion godzin laborek= lanserka przed budynkiem + wszystkie chopaki twoje! Droga do ołtarza GWARANTOWANA. Szczególnie lecą na to profesorowie z górnictwa, pozdrawiamy gorąco). Że wspaniale jest mieć uporządkowane papiery na biurku, zaplanowany dzień i wyznaczoną godzinę wstawania (każdy wręcz UBÓSTWIA rano. No, chyba że jest debilem, co też się zdarza i, przy okazji, stanowi mój ulubiony rodzaj ludzi). I w końcu najbardziej na świecie chciałabym napisać, że kocham puchate chomiki i inne zwierzęta leśne, bratki i różowe cekiny. I że generalnie to zaparzę se czaju (se mogę, bo czajnik żeliwny posiadam). Aleeee: NIE! Bo inżynieria bioreaktorów to totalna porażka, rury to bzdury i w ogóle to może pospierdalaj.
sobota, 6 lutego 2010
Z.I.M.A.
W oczekiwaniu na lato laboranci wszelkiej maści zapadli w zimowy sen-otępienie, wspomagany mrozem na (jedynej chyba) sali egzaminacyjnej wydziału chemicznego, gdzie trzeba siedzieć w kurtkach i mitenkach a długopisy zamarzają. Ale już niedługo(no shit dude!) się przebudzą i z niekłamaną radością zarzucą fartuchy i chwycą kuwety szklane, wykazując się wiedzą oraz precyzją w działaniu (szczególnie, że czekają ich same wykłady. Bo serio, po co stać i robić, kiedy można siedzieć. No, wydaje się, że niektórzy też słuchają, ale to jakoś nigdy nie są koledzy pięknej laborantki).
Subskrybuj:
Posty (Atom)