Cofnijmy się w czasie (to jest możliwe, serio! czasem nawet warto) we wspomnieniach i przeżyciach. Piękna laborantka zeszły semestr letni spędziła w parze laboratoryjnej z ulubionym laborantem wszystkich laborantek PWr (chociaż on tak na prawdę chciał być jej parą osobistą, ograniczyli się tylko do laboratorium. Grzecznie, miło, kulturalnie.). I wszystko byłoby ok, gdyby nie preferencje osobowe ulubionego laboranta wszystkich laborantek PWr( bynajmniej nie chodzi tu o piękną laborantkę, ją ulubiony laborant wszystkich laborantek PWr ZAWSZE wielbił[no, prawie zawsze. Ale to można przemilczeć.]).
Tak więc ulubionemu laborantowi wszystkich laborantek Pwr (oraz niektórych pań prowadzących, nie wiedzieć czemu) nie przypadła do gustu pani prowadząca K. Po prawdzie mogło to być wynikiem ograniczeń umysłowych pani prowadzącej K., które ujawniały się na każdym kroku, poczynając od CO MY BĘDZIEMY DZISIAJ ROBIĆ, TO JA NIE WIEM, ALE SPYTAM KOLEŻANKI, ONA BĘDZIE WIEDZIEĆ. I ZROBIMY, CO POWIE,JAK POWIE,JA NIE WIEM, jako że ulubionego laboranta wszystkich laborantek PWr dosyć kręci inteligencja (dlatego mieszka z laborantem w hawajskiej koszuli. I skrycie go kocha), a głupoty nienawidzi i nie omieszka jej wypomnieć. Tak więc bywało ciężko. Obustronnie, ale tylko słownie.
Ou szit, piękna laborantko - rzekł pewnego razu ulubiony laborant wszystkich laborantek PWr - naszej prowadzącej serdecznie nienawidzę! Nie martw się - powiedziała na to piękna laborantka - sprzedam ci buziaczka! A no, chyba że tak - odpowiedział ulubiony laborant wszystkich laborantek PWr, a po jego minie widać było, jak jest kontenty. I ciężko wzdychając wykonywał dalej ćwiczenie zlecone przez prowadzącą K., a właściwie przez jej koleżankę. Głównie jeżdżąc po laboratorium na taboreciku. To w celach poznawczych - wyjaśnił. Bo wiadomo, każda laborantka przebywa przy swoim fancy laboratoryjnym stoliczku i sie nie kwapi do opuszczenia miejsca (jeszcze ktoś podpierniczy towar deficytowy, jakim jest chłodnica[strasznie się tłuką], i trzeba będzie płacić! A krzesełka w laboratorium też nie często się zdarzają, więc jest to atrakcja niewątpliwa)
Jako że było to laboratorium chemii organicznej (nie ma żartów!), uczestnicy zajęć mieli do czynienia głównie z artykułami gospodarstwa domowego. Tu kakałko, tam witamina C, kiedy indziej aspiryna (aspirynka mniam!) - wszystko, czego chciałbyś po imprezie, zgodnie z założeniem, skądinąd słusznym, że tworzyć alko to już umią (były też ściereczki na sali, a jak!).
Oj bożyszku, czemu nasza aspiryna jest czarna i ciekła! - wykrzyknął ulubiony laborant wszystkich laborantek PWr podczas wykonywania skomplikowanych procedur według instrukcji nie do końca znanych. Nie mam pojęcia - odpowiedziała spokojnie piękna laborantka - ale mam za to aspiryne w kieszeni. To do moździerza z nią! - odparł ulubiony laborant wszystkich laborantek PWr, zadowolony, że jednak uniknął odróbki. Oh, jaka wspaniała wydajność - zachwycała się po zakończonych ćwiczeniach prowadząca K. - ale i tak dostaniecie ocenę niżej, bo... bo tak (Myśląc: nienawidzę ulubionego laboranta wszystkich laborantek PWr, po co on tu przyszedł, ja nie wiem, chyba tylko po to, żeby mnie denerwować! Nie wybacze mu, że czepiał się mojego planu zlania wszystkich frakcji oddzielonych chromatograficznie do jednej zlewki, ja nie wiem! Co z tego, że po to je rozdzielaliśmy, żeby były osobno, ja nie wiem!). HAHA! - zaśmiał się laborant okularnik, który, mimo że nic nie umiał i w parze był z aktywnym działaczem forum, zawsze dostawał piąteczki - nasza aspiryna ledwo się osadziła a i tak mamy lepszą ocenę! Nie tylko piątką człowiek żyje - skwitował ulubiony laborant wszystkich laborantek PWr. I poszli z piękną laborantką w letni plener imprezowy.
Każdy był zadowolony, że zajęcia się skończyły i nigdy tu nie wrócimy. Pani prowadząca K. szczególnie, bo nie musi się więcej publicznie ośmieszać.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz